Kliknij tutaj --> 🏆 są ludzie są serca tekst

Podobnym przykładem są ludzie chorzy. To nie oni są winni swojemu wyglądowi, chorobie, lecz my tego nie rozumiemy. Chorzy często trącą nadzieje i chęć do życia, ponieważ ich choroba może doprowadzić nawet do śmierci, a to wiąże się z wielkim cierpieniem a w pobliżu nie ma osoby, która podtrzymie go na duchu, pocieszy. Prosto od serca Stare Dobre Małżeństwo tekst piosenki oraz tłumaczenie. Obejrzyj teledysk z Youtube i posłuchaj mp3 z YT. Sprawdź chwyty na gitarę. Dodaj Swoją wersję tekstu i chwyty gitarowe. Jedną z przyczyn samotności jest bezdomność. Ludzie bezdomni zazwyczaj są poniżani, odrzucani przez środowisko. Bywa tak że są tylko przeganiani z miejsca na miejsce i rzadko kto wyciąga do nich „pomocną dłoń”. Jednak są tacy ludzie, którzy pomagają tak po prostu, z dobrego serca. Jest wiele wartości w życiu. Każdy z nas jedne stawia wyżej, a inne niżej. Niektórym najbardziej zależy na rodzinie, innym na karierze, a jeszcze innym na ogólnym rozwoju. Wszystkie są cenne i żeby prawdziwie się spełniać, należy dbać o każdą z nich. Wybraliśmy najcenniejsze cytaty o wartościach w życiu, które są warte zapamiętania. 11 views, 0 likes, 3 loves, 2 comments, 1 shares, Facebook Watch Videos from BEA: Są serca Są serca, co żal w sobie noszą. Są usta, co o nic nie proszą. Są ludzie, co dumę swą Site De Rencontre Dans Le 86. Nasze doświadczenie mówi, że jesteśmy może stajnią, albo czymś jeszcze gorszym, ale na pewno nie pałacem. Tutaj kluczowe pozostaje zawsze pojęcie „serce”. Myślę, że od definicji tego, co przez nie autor tekstu rozumiał, należałoby zacząć. Tytuł Pałacem Chrystusa jest serce został zaczerpnięty z mało znanego w Polsce tekstu, liczącego sobie jakieś 1500 lub 1600 lat (co zależy od tego, które źródło o nim mówi), powiedzmy mniej więcej rówieśnika św. Benedykta. Mowa o homiliach przypisywanych św. Makaremu Wielkiemu – mnichowi, który żył w Egipcie w IV w. Nie zostały przez niego napisane, ponieważ tekst pochodzi z rejonów syryjskich. Mam nadzieję, że każdego z nas ten tytuł nieco zaniepokoił, i w pewnym sensie o to chodziło. Zanim przejdziemy do zastanowienia się, co to znaczy, że przestrzeń w człowieku określana mianem serca ma być pałacem dla Chrystusa – my bardzo często czujemy, że jest odwrotnie – dostrzegamy, że jesteśmy daleko od tego, by być czyimkolwiek pałacem. Nasze doświadczenie mówi, że jesteśmy może stajnią, albo czymś jeszcze gorszym, ale na pewno nie pałacem. Tutaj kluczowe pozostaje zawsze pojęcie „serce”. Myślę, że od definicji tego, co przez nie autor tekstu rozumiał, należałoby zacząć. Serce w Biblii W języku biblijnym serce oznacza centrum osobowe człowieka, nie emocjonalność – to powtarzają wszyscy rekolekcjoniści – jak przyjęło się uważać w kulturze europejskiej od okresu romantyzmu. Nie rozumie się pod nim sfery płynnej, ulotnej, ciągle zmieniającej się, wrażliwej, sentymentalnej. Wręcz przeciwnie, oznacza ono to, kim dany człowiek jest, czyli to, co wyznacza jego istotę. Serce jako tożsamość, którą odkrywamy Relacja małżeńska czy jakakolwiek inna nie wyczerpuje jeszcze tego, kim jesteśmy. Odpowiedź na pytanie, kim człowiek jest, inaczej: poszukiwanie własnej tożsamości nie jest łatwe. Kiedy staramy się ją uchwycić, widzimy, że w dużej mierze składają się na nią długie lata życia wewnętrznego, podejmowane przez nas wybory, że jej kształtowanie to proces, który trwa przez całe życie. Makary miał intuicję, że miejsce, gdzie w człowieku zamieszkuje Bóg, jest tożsame z tym, kim sam jest. Coś niezmiennego, do czego przez całe życie dąży, ale również co przez całe życie odkrywa. Myślę, że do pytania, czym jest serce, będziemy jeszcze wracać, do wielowarstwowości odpowiedzi na nie. Jesteśmy dziećmi Bożymi – to jest jedna z warstw, element tego, czym jest nasze serce. Dalej: kwestia relacji małżeńskich, rodzicielskich, sakramentów, które przyjęliśmy, to kolejne czynniki kształtujące naszą osobowość. Kiedy chcemy to wszystko wyrazić jednym zdaniem, nie potrafimy powiedzieć, kim jesteśmy – człowiek sam dla siebie pozostaje tajemnicą. Ani małżeństwo, ani chrzest, ani kapłaństwo, ani śluby zakonne, ani rodzicielstwo nie wyczerpują naszej tożsamości. Możemy sobie wyobrazić Michała Anioła rzeźbiącego pietę – każdy z sakramentów, każda z ważnych dla nas rzeczy są jak jedno uderzenie dłuta genialnego rzeźbiarza. Jeżeli któregokolwiek z nich zabraknie, to dzieło nie będzie doskonałe, jeden cios dłuta nie wystarczy, aby powstała rzeźba. Z jednej strony, nasze serce jest niezwykle proste – po prostu jesteśmy – przecież nikt z nas nie potrzebuje uzasadniać swojego istnienia. Z drugiej – przez wydarzenia w naszym życiu, i te trudne, i te dobre, nabieramy indywidualnego kształtu, począwszy od dzieciństwa aż po dzień, w którym przechodzimy z tego świata do Boga Ojca. Serce miejscem zamieszkania Boga Serce to nasza tożsamość kształtowana przez całe nasze życie, a jednocześnie miejsce, w którym chce mieszkać Bóg. Najlepiej mówi o tym Ewangelia według św. Jana w rozdziale, w którym opisuje moment, kiedy Pan Jezus żegna się ze swymi uczniami i przez wydarzenie męki zamierza przejść z tego świata do Ojca. W obliczu męki, która się zbliża, mówi rzeczy najbardziej istotne, to, co dla Niego jest najważniejsze, zwracając się do uczniów następującymi słowami: Jeżeli Mnie miłujecie, będziecie zachowywać moje przykazania. Ja zaś będę prosił Ojca, a innego Parakleta da wam, aby z wami był na zawsze – Ducha Prawdy, którego świat przyjąć nie może, ponieważ Go nie widzi ani nie zna. Ale wy Go znacie, ponieważ u was przebywa i w was będzie. Nie zostawię was sierotami: przyjdę do was. Jeszcze chwila, a świat nie będzie już Mnie widział. Ale wy Mnie widzicie, ponieważ Ja żyję i wy żyć będziecie. W owym dniu poznacie, że Ja jestem w Ojcu moim, a wy we Mnie i Ja w was. Ten, kto ma przykazania moje i je zachowuje, ten Mnie miłuje. Kto zaś Mnie miłuje, ten będzie umiłowany przez Ojca mego, a również Ja będę go miłował i objawię mu siebie. (…) Jeśli Mnie kto miłuje, będzie zachowywał moją naukę, a Ojciec mój umiłuje go i przyjdziemy do niego, i mieszkanie u niego uczynimy (J 14,15– Jest to fragment Ewangelii, który – tak myślę – zdumiewa każdego ogromem Bożej łaski, bo oto doskonały Bóg pragnie zamieszkania w sercu człowieka. Zastanowiwszy się głębiej, dochodzimy do wniosku, że skoro Pan Jezus wcielił się i zbawił wszystkich ludzi, to Bóg chce zamieszkać w sercu każdego człowieka. Nie jest tak, że w jednym Bóg chce zamieszkać, a w drugim nie. Głębia każdego z nas, jak tu jesteśmy – jego życie, to kim jest, ma stać się świątynią Boga, pałacem Chrystusa. Serce każdego człowieka, każdego bez wyjątku! Całe wydarzenie, które opisuje Ewangelia, czyli wcielenie, męka, śmierć i zmartwychwstanie, mają na celu jedno: utorować Synowi Bożemu drogę do istoty każdego człowieka. Jest to o tyle ważne stwierdzenie, że czasami mamy wrażenie, iż nasze serce wcale nie przypomina pałacu ani nawet daczy, a raczej stajnię, a może nawet i chlew. Czasem człowiek, patrząc na swoje życie, może dojść do takiego właśnie wniosku. Uczynki pochodną pragnień Pan Bóg żywi pragnienie, aby w naszym sercu zamieszkać, i wszystkie Jego wysiłki idą w tym kierunku. Pokazują to dzieła Ojców Kościoła, szczególnie fragmenty, w których autorzy zastanawiają się, co powoduje, że serce ludzkie nie staje się miejscem godnym przyjęcia Boga, tylko zupełnie odmiennym. Co ciekawe, nie wskazują wcale na problem związany z uczynkami człowieka, lecz z jego myślami i pragnieniami. To podejście należy właściwie zrozumieć. Według Ojców serce ludzkie jest miejscem, gdzie rodzi się decyzja. Jeżeli ma ono być miejscem królowania Chrystusa Pana, to znaczy, że każda decyzja, która się tam rodzi, ma być na chwałę Bożą. Innymi słowy, żaden aspekt naszego życia nie może pozostawać poza wpływem Pana Boga. Czasami słyszymy, że wiara jest sprawą prywatną. Absolutnie nie! W żadnym wypadku wiara nie jest wyłącznie sprawą osobistą. Albo Pan Bóg króluje całkowicie w naszym życiu, albo jest jeszcze dużo, dużo do zrobienia. Pewnie każdy z nas może powiedzieć, że są w jego sercu-pałacu takie rejony, gdzie czuje się On bardzo dobrze, ale są też pokoje jeszcze przed Nim zamknięte. To bardzo pojemna metafora – jeśli pomyślimy, że nasze serce, czyli to, kim jesteśmy, to rodzaj budynku, to są w nim takie piętra, gdzie Pan Bóg jest, i takie, gdzie jeszcze Go nie ma. Musimy włożyć pracę w to, aby również i tam zakrólował, aby był to Jego dom, Jego pałac. Ojcowie mówią, że Bóg panuje bądź Go nie ma w danych przestrzeniach głównie ze względu na pragnienia, które żywimy, nie ze względu na czyny. Ojcowie podkreślają z mocą, że działanie jest zawsze pochodną myśli i pragnień. Zazwyczaj kiedy się spowiadamy, to wyliczamy, co złego uczyniliśmy, a postanowienie poprawy polega na tym, że staramy się już tego więcej nie zrobić. Natomiast Makary – który mówi, że pałacem Chrystusa jest serce – powiedziałby inaczej: „Zastanów się, człowieku, popatrz w siebie, zapytaj, skąd się biorą w tobie pragnienia, które prowadzą do tego czynu. Zrób jeszcze jeden krok w tył, bo co przyjdzie z deklaracji, że nigdy więcej czegoś nie zrobisz, skoro nadal chcesz to robić?”. To jakby przed dzieckiem postawić butelkę coca-coli i powiedzieć: „Chce ci się pić, ale nie pij!”. Można to przedstawić za pomocą metafory, że grzech to dziura, która zostaje wybita przez wodę napierającą na ścianę. Jak tylko znajdzie nieszczelność, to zaczyna przeciekać. Trzeba najpierw zamknąć źródło wody, a potem zalepić dziurę. Próba rozpoczęcia od reperowania dziury bez uprzedniego zakręcenia kranu nie powiedzie się. Zatem chodzi nie tyle o czyny, lecz o pragnienia, o to, czego człowiek tak naprawdę chce. Fragment książki Pałacem Chrystusa jest serce Szymon Hiżycki OSB (ur. w 1980 r.) studiował teologię oraz filologię klasyczną; odbył specjalistyczne studia z zakresu starożytnego monastycyzmu w kolegium św. Anzelma w Rzymie. Jest miłośnikiem literatury klasycznej i Ojców Kościoła. W klasztorze pełnił funkcję opiekuna ministrantów, duszpasterza akademickiego, bibliotekarza i rektora studiów. Do momentu wyboru na urząd opacki był także mistrzem nowicjatu tynieckiego. Autor książki na temat ośmiu duchów zła Pomiędzy grzechem a myślą oraz o praktyce modlitwy nieustannej Modlitwa Jezusowa. Bardzo krótkie wprowadzenie. Fot. Marcin Marecik / Na zdjęciu: fragment mozaiki ceramicznej przedstawiający „Maiestas Domini” z kaplicy w opactwie tynieckim. Wykonanie: Borys Kotowski OSB. (Visited 835 times, 1 visits today) Za pomocą newslettera chcemy się kontaktować, aby przesyłać teksty, nowości wydawnicze i ogłoszenia, które dotyczą naszego podwórka. Planujemy codzienną wysyłkę takiego newslettera. Czytający i słuchający naszych materiałów, zarówno dostępnych w księgarni internetowej, na stronie jak i na kanale YouTube lub innych platformach podcastowych, mogą zastanawiać się w jaki sposób można nas wesprzeć… Od jakiegoś czasu istnieje społeczność darczyńców, którzy aktywnie i regularnie wspierają nasze działania. To jest tylko pewna propozycja, możliwość wsparcia — jeżeli uważasz, że to, co robimy, jest wartościowe i chcesz dołączyć do darczyńców, od teraz masz taką możliwość. Z góry dziękujemy za każde wsparcie! Paweł Gzyl „Przytul” – nawołuje tytułem swej nowej płyty Stanisława Celińska. Przy okazji premiery albumu aktorka i piosenkarka opowiada nam o tym, że warto kochać siebie i innych. Niedawno wystąpiła Pani w dwóch koncertach na festiwalu w Opolu. Czy lubi Pani śpiewać na deskach tego słynnego amfiteatru? Tak. To już któryś raz. U mnie od Opola wszystko się zaczęło. Dlatego mam do tego festiwalu sentyment. W tym roku były jednak jakieś techniczne problemy. Nie słyszałam się dobrze na scenie i przez to nie miałam przyjemności w śpiewaniu. Zadebiutowała Pani w Opolu w 1969 roku. To był inny festiwal niż teraz? Trudno mi oceniać. Ale kiedyś były wybitne nazwiska i wspaniałe piosenki. Ewa Demarczyk, Czesław Niemen, Marek Grechuta. Teraz nie ma artystów tego formatu. Czyli poziom artystyczny chyba się jednak obniżył. Jak to się stało, że wystąpiła Pani w 1969 roku w Opolu? Kiedy byłam na studiach w szkole teatralnej, założyłam z kolegą z uczelni Piotrem Lorenzem kabaret COŚ. Zrobiliśmy przedstawienie i wystawialiśmy je w „Dziekance”. To nie było dla mnie nic nowego, bo właściwie śpiewałam od zawsze. Już kiedy byłam na pierwszym roku, napisałam na „fuksówkę” śmieszne teksty do znanych przebojów, żeby je zaśpiewać. Z kolei na czwartym roku zrobiliśmy dyplom z francuskich szlagierów. Kilka utworów z tego programu zostało pokazanych w telewizji – w tym mój „Czas wiśni”. Zobaczył to na ekranie Edward Fiszer, który wówczas dyrygował Opolem. I zaprosił mnie, żebym zaśpiewała na festiwalu „Ptakom podobni”. Piosenka się spodobała i dostała Pani nawet propozycję nagrania płyty dla Polskich Nagrań. Dlaczego nie skorzystała Pani z tej okazji? Czasem człowiek ulega pewnym sugestiom i nie do końca trafia w to, co powinien robić. Kończyłam wtedy szkołę i grałam w jednym z „dyplomów” – w „Greku Zorbie”. Po spektaklu czekał na mnie profesor Aleksander Bardini. Został specjalnie, żeby powiedzieć mi jedno zdanie: „Stasiu, słyszałem, że jedziesz do Opola. Pamiętaj, że ten festiwal to takie odwrotne piwo – więcej piany niż napoju”. (śmiech) Tak mi to wbił do głowy, że moim największym marzeniem było grać w teatrze. Kiedy jechałam do Opola, wiedziałam już, że dostanę etat w Teatrze Współczesnym. Dlatego śpiewanie zostawiłam na drugim planie. Cieszyłam się, że trafię do teatru, który miał być moim drugim domem. Jak muzyka pojawiła się w Pani życiu? Urodziłam się w domu muzyków, więc ta muzyka była ze mną od zawsze. Mój tata był pianistą. W domu stał fortepian i tata pięknie na nim grał. Niestety umarł, kiedy miałam trzy lata. Mama była z kolei skrzypaczką, często ćwiczyła w domu. Przed okupacją miała jechać na studia do Paryża, ale wybuchła wojna i wszystko przekreśliła. Kiedy wróciła z obozu, skończyła studia w Polsce. Wszystko to sprawiło, że od dziecka śpiewałam i tańczyłam. To był mój żywioł. To dlaczego zdecydowała się Pani na aktorskie studia? Już jako siedmiolatka grałam w jasełkach dwie role – Anioła i Heroda. Obsadziła mnie w nich moja wychowawczyni – siostra Urszulanka. Potem, mając dwanaście lat, przeczytałam biografię Heleny Modrzejewskiej. I zachwyciłam się teatrem. Mama nie posłała mnie do szkoły muzycznej, bo bała się, że wybiorę sobie trudny zawód jak ona. No to wybrałam sobie łatwy i zostałam aktorką. (śmiech) Mimo to ciągnęło Panią do śpiewania. Bo mi się to podobało. W Teatrze Nowym robiłam ambitne spektakle łączone ze śpiewaniem – choćby „Księgę Hioba”. Tam jest piękny tekst w tłumaczeniu Czesława Miłosza, poprzetykany „Pieśniami” Jana Kochanowskiego. I to mi odpowiadało – bo była w tym piękna literatura. Ja jej chciałam i znajdowałam ją w teatrze. To była inna półka niż zwykła piosenka rozrywkowa, która w ogóle mnie wtedy nie interesowała. Ale zaczęła Pani występować na wrocławskim Przeglądzie Piosenki Aktorskiej. To było coś innego? Tam była niezwykła atmosfera. Ludzie wchodzili oknami, żeby nas posłuchać. Piosenka aktorska była dla mnie poważną odskocznią od teatru. Dlatego chętnie ją śpiewałam. Czasem nawet odmawiałam występów w filmie, by móc tam wystąpić. Kiedy Jerzy Skolimowski zaproponował mi rolę w „Ferdydurke”, odmówiłam, ponieważ łączyłoby się to z rezygnacją z recitalu, który wtedy planowałam zrobić. Wybrałam śpiewanie i zrobiłam recital „Zorba i inni” w Teatrze Nowym w Poznaniu, a premiera odbyła się podczas Przeglądu Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu. Dostałam na festiwalu nawet nagrodę imienia profesora Aleksandra Bardiniego. Z tych wrocławskich występów chyba wszyscy najbardziej zapamiętaliśmy piosenkę z 1994 roku – „Uśmiechnij się! Jutro będzie lepiej!”. Początkowo to miał być normalny utwór. Ale pomyślałam, że zrobię z tego taką „pigułę” trwającą zaledwie minutę. Na jej potrzeby stworzyłam niezwykłą postać – skrzyżowanie Mussoliniego z jakąś Zofią Grzyb. (śmiech) I to się bardzo spodobało. Kiedyś wsiadam taka smutna do tramwaju, a jakaś pani mówi do mnie: „Uśmiechnij się!”. Równie znany był „Song sprzątaczki”. Ten wspaniały tekst Jonasza Kofty jest zawsze aktualny – bo zawsze trzeba posprzątać to, co ktoś nabrudzi. Przełomem w Pani śpiewaniu okazało się spotkanie z Maciejem Muraszko. Jak do tego doszło? Kiedyś nie do końca podobała mi się spokojna i delikatna muzyka. Lubiłam generalnie wrzeszczące baby. Ale koledzy w Teatrze Nowym słuchali dużo Cesarii Evory. Ja też po nią sięgnęłam i zaczęło mi się to podobać, bo działało na mnie kojąco. W 2009 roku przyszedł do mnie Maciej Muraszko z „Atramentową rumbą”. Ujęło mnie to, że tekst był mocny, a muzyka łagodna. Pojechaliśmy z tym do Opola i w głosowaniu publiczności zajęliśmy czwarte miejsce. To nie było złe, bo przecież pokazałam tam zupełnie inną Stasię. Ta muzyczna przemiana odpowiadała zmianom, jakie wtedy zaszły w Pani życiu? Bardzo. Podobno człowiek zmienia się co siedem lat. I tak było ze mną – od 2009 do 2015 roku. Porządkowałam wtedy swoje życie. Najpierw nagrałam płytę, którą wymyślił Teatr Nowy – „Nowa Warszawa”. To już było takie przejście pomału na inną stronę. Dlatego Maciej zaczął zbierać dla mnie materiał na cały album. Przy okazji przekazywał mi swoje uwagi, których ja zaczęłam słuchać. Tak narodziła się „Atramentowa”, która była już całkowicie inna: spokojna i przytulaśna. Bardzo się wszystkim spodobała, a kiedy zdobyła podwójną platynę, poczułam, że jestem na dobrej drodze. Musiałam jednak coś wybrać. Dlatego zrezygnowałam z filmu Agnieszki Holland i z teatru Warlikowskiego. Bo wiedziałam, że koncerty promujące „Atramentową” będą wymagały ode mnie energii i czasu. Mało tego: musiałam oszczędzać głos, który bardzo sobie zdzierałam w mocnych przedstawieniach. Uznałam jednak, że gra jest warta świeczki. I miałam rację. Na czym polega to dobre porozumienie między Panią a Maciejem Muraszko? Na tym, że ja mogę napisać ostry tekst, a on i tak napisze łagodną muzykę. Nasze piosenki nie są jeden do jednego. On proponuje piękną melodię, która niesamowicie niesie tekst. Dzięki temu przekaz staje się zrozumiały dla ludzi. A oni potrzebują takich piosenek i za te piosenki dziękują. Maciej ma takie fajne powiedzenie: „Chcę, żeby melodia płynęła tak spokojnie jak woda z kranu”. (śmiech) I taka jest jego muzyka. Co ciekawe, on potrafi napisać utwory w różnych gatunkach. I to jest też ważne, bo nasze płyty nie są jednostajne, ale kolorowe. Jak to się stało, że przy „Malinowej” postanowiła Pani już pisać własne teksty? Zawsze coś tam sobie skrobałam. Kiedyś pisałam felietony dla prasy. Nawet chciałam być pisarką. I grałam Marię Dąbrowską w „Nocach i dniach”. Dlatego czasem poprawiałam teksty innych autorów. W końcu Maciej mówi żartem: „To może coś sama napisz?”. Zrobiłam to więc i sprawiło mi to wielką przyjemność. Ja się tego w dalszym ciągu uczę. Szukam wyrazu dla swoich myśli. Do tego musi to ładnie współgrać z muzyką, żeby trafiało do ludzi. Tekst piosenki jest bowiem czymś zupełnie innym niż wiersz. Jego napisanie wymaga pewnych umiejętności, które pomału nabywam. Jeśli chodzi o aktorstwo, to powiem nieskromnie – umiem prawie wszystko. Jeśli chodzi o pisanie, ciągle się tego uczę. Woli Pani śpiewać własne teksty niż innych autorów? Wiem, że w tekstach, które sama piszę, jestem prawdziwa ja. Trochę naiwna i łatwowierna, ale mówiąca pewną prawdę. Poprzez swoje piosenki chcę ludziom pomóc. Bo tekst, w którym jest tylko narzekanie, łatwo jest napisać, zwłaszcza teraz. Tymczasem w większości z moich piosenek można znaleźć jakąś radę. Dlatego po koncertach przychodzą do mnie ludzie i płaczą, całują, czasami nawet w rękę. To miłe, ale krępujące. Dziękują mi za to, że niosę im pocieszenie. Z czego czerpie Pani inspirację do pisania tekstów? Czasem ktoś mi coś podpowie. Kiedyś po koncercie przyszła do mnie pani i pyta: „Czy może Pani napisać piosenkę dla wdów?”. „Spróbuję” – powiedziałam, ale nie było to takie proste. Jak tu pocieszyć wdowę? No ale napisałam. Przyszła potem pani, która straciła męża, a miała czworo czy pięcioro dzieci i powiedziała, że bardzo jej pomogłam tą piosenką. Nosi ona tytuł „Nasi nieśmiertelni” i mówi, że się kiedyś spotkamy. Nadzieja, która jest w tym tekście, pociesza tych, którzy stracili bliskich. Czasem piszę też piosenki dla moich bliskich. Mam przyjaciółkę, która miała trudne dzieciństwo. I postanowiłam napisać dla niej piosenkę. Psycholodzy mówią, żeby wziąć zdjęcie ojca lub matki i wygarnąć wszystkie pretensje. A ja dodaję do tego, że trzeba tej osobie przebaczyć. Bo to właśnie przebaczenie jest gwarancją, że ta trauma się skończy. Napisałam też piosenkę dla mojej córki, która jako dwunastoletnia dziewczynka pomogła mi odzwyczaić się od palenia papierosów. Ten utwór mówi, by słuchać swoich dzieci, bo są czyste i nieskażone. Pierwszą piosenką, która promowała Pani nowy album „Przytul”, była „Kołysanka dla Oksanki”. Jak powstała? Kiedy wybuchła wojna w Ukrainie, pokazywali często w telewizji taką zapłakaną buzię dziewczynki. Wtedy cała płyta była właściwie już gotowa. Napisałam nawet odezwę do Putina, w której zwracam się do małego Wowy, żeby się opamiętał. Bardzo się to ludziom spodobało. Myślałam więc, że dam sobie już spokój z tą wojną. Ale ta dziewczynka nie dawała mi spokoju. Dlatego napisałam tę piosenkę. Naszą odpowiedzią na zło, jakim jest choćby ta wojna, powinna być miłość. Śpiewa Pani o niej w utworze „Miłość siłę ma”. To właściwie jest modlitwa o miłość. O miłość trzeba się modlić? Ta miłość teraz powinna być ogromna, by przeciwstawić się ogromnej nienawiści. Kiedy się widzi to morze zła, jakim jest wojna, trudno o taką miłość. Dlatego trzeba prosić o miłość Boga, który jest przecież miłością. Ludzie różnie rozumieją dziś miłość. A Pani? Przede wszystkim jest tolerancją. Dawaniem wolności drugiemu człowiekowi. Miłość nie krępuje, tylko wyzwala. Jeśli ktoś nam bliski ma jakąś pasję, to nie powinniśmy zabierać mu tej pasji w imię miłości. Kiedyś na „Malinowej” zaśpiewałam: „W imię miłości wybaczam/ W imię miłości odchodzę/ W imię miłości wracam”. Bo czasem dla miłości trzeba nawet odejść. Jeśli się kogoś kocha, a tej osobie ktoś inny daje szczęście, to w imię miłości trzeba wtedy odejść. Mam takiego wspaniałego bioenergoterapeutę, który mi powiedział: „W miłości najważniejszy jest dystans i szacunek”. „Jak to w łóżku dystans?” – pomyślałam. A tu okazuje się, że ten dystans polega na tym, by nie oblepiać kogoś sobą, ale szanować to, czego on chce i pragnie. Dać mu wolność. To jest bardzo ważne. W piosence „Miłość siłę ma” śpiewa Pani: „Raz jeden nie potępiać innych ludzi”. Na tym też polega miłość? W 2020 roku udało mi się wygrać Opole piosenką „Niech minie złość”. To był swego rodzaju protest-song – i wtedy od dłuższego czasu chciałam napisać taki utwór. Ale nie bardzo mi wychodziło. W pewnym momencie wymyśliłam jednak linijkę: „Nie chcę nikogo oceniać/ wszystkiego o nim nie wiem/ wolę pochylić się nad kimś/ niż rzucić w niego kamieniem”. Inspiracja przyszła oczywiście z Pisma Świętego: „Niech ten, kto jest bez winy, pierwszy rzuci kamieniem”. Tak to już jest: bardzo łatwo sądzimy po pozorach i przyklejamy etykietki. A tymczasem ktoś jest chory albo kogoś stracił – dlatego jest agresywny. Mój bioenergoterapeuta mówi, że jeśli ktoś nas atakuje, to znaczy, że chce od nas pobrać energię. Trzeba się wtedy nad tym pochylić, a nie powiedzieć „A to jest bandyta”. To samo teraz z Putinem. Kiedyś zadałam sobie pytanie: „Czy Bóg wybaczy Putinowi?”. I odpowiedź jest tylko jedna: tak – wybaczy. To jest niesamowite w chrześcijaństwie. W piosence „Trzy siostry” śpiewa Pani o chrześcijańskich cnotach: wierze, nadziei i miłości. Trudno żyć według tych zasad? Czy trudno? Trzeba o nich pamiętać. Bo tak, jak tam napisałam: „Trzy siostry nam pomogą/ Wiara, nadzieja, miłość”. Najważniejsza wydaje mi się nadzieja. Szczególnie, kiedy się upada. Bo to nadzieja rodzi miłość, a wiara to sens nadziei. To pomaga nam w życiu. Ja wierzę w proste zasady. Choćby w to, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. To mi się często sprawdza. Gdzieś tam są boskie plany, o których my nie wiemy. Najgorzej, jak człowiek się załamie. „Nigdy się nie poddaj gorzkim myślom” – śpiewam. I trzeba o tym pamiętać. W pandemii zaczęły się szerzyć różne złe rzeczy. Alkoholizm, depresje. Ale wtedy też ludzie brali częściej zwierzęta ze schroniska. Bo poznali, na czym polega bliskość z drugą istotą. To wszystko trzeba przerabiać w sobie w myśl zasady, która każe nam widzieć szklankę do połowy pełną, a nie pustą. No właśnie: o tym, że spokój i szczęście daje nam przede wszystkim inny człowiek, śpiewa Pani w „Z tobą” i „Porozmawiajmy”. Dlaczego tak się dzieje, że potrzebujemy drugiej osoby? Bo potrzebujemy odbicia naszych myśli i uczuć. Żywej energii i żywej istoty. Kiedyś miałam sunię, która mieszkała ze mną, a nawet jeździła ze mną na koncerty. I kiedy odchodziła, wróciłam do domu, zobaczyłam te swoje piękne meble i pomyślałam: „Po co mi to wszystko, kiedy jej tutaj nie ma?”. I wróciłam do szpitala, by być z nią w jej ostatnich chwilach. Stąd powstała też piosenka „Weź psa” na „Jesiennej”. W ostatnim utworze z tej płyty śpiewam: „Nawet jeżeli będziesz bogaty/ I kolor życia miał złotosrebrny/ nic ci to nie da/ szczęście cię minie/ jeśli nie będziesz czuł się potrzebny”. Człowiek musi mieć kogoś, kim się będzie opiekował i kogo będzie chronił. Kogoś, kto wymaga naszej miłości. Wtedy będzie czuł, że jego życie ma sens. Śpiewa Pani też o nieoczywistej miłości w piosence „Marzenia”, która opisuje kogoś, kto kocha drugą osobę, ale ukrywa tę miłość. Skąd taki pomysł? Kiedyś wyobraziłam sobie pracę w korporacji, gdzie ludzie zasuwają od rana do wieczora jak mrówki. Jakiś pan podoba się jakiejś pani, ale ona nie śmie mu o tym powiedzieć, bo tak wszyscy są tam zabiegani. Ona nie chce, by on się dowiedział, co ona czuje. Nie chce, by zobaczył w jej oczach niepokój. Nie chce burzyć bowiem jego życia. Dlaczego tak się dzieje? Bo często boimy się miłości. Zwłaszcza kobiety. Boimy się powiedzieć: „Hej, może się spotkamy po pracy?”. Marzenia są potrzebne, ale czasem trzeba podjeść do tego drugiego człowieka i powiedzieć mu, co czujemy. Tymczasem boimy się odrzucenia. Co zrobić, by to przezwyciężyć? Trzeba siebie zaakceptować. Ja się pogodziłam z samą sobą i mam obecnie do siebie większą miłość, niż kiedy byłam młoda. O dziwo, teraz bardziej siebie lubię. Ale wiem, że kobiety często nie potrafią siebie pokochać. Czują się stare i niepotrzebne. Nawet trzydziestolatki. Dlatego początkiem wszelkich zmian jest pokochanie samego siebie. To też jest z Pisma Świętego. Przecież tam Jezus mówi: „Kochaj bliźniego jak siebie samego”. Jeśli ktoś siebie nie kocha, to powstają z tego różne kompleksy i choroby. Marilyn Monroe nie kochała siebie – i jak skończyła? Złe traktowanie w dzieciństwie sprawia, że nie potrafimy polubić siebie. A to jest bardzo ważne. Dlatego często na koncertach mówię: „Bardzo proszę od jutra co rano stajemy przed lustrem, wypowiadamy swoje imię i mówimy: kocham cię”. To bardzo trudne. Zwłaszcza kiedy ma się ileś tam lat. Ale warto spróbować. W piosence „Porozmawiajmy” śpiewa Pani o wybaczeniu, na które musimy się zdobyć, by pokochać siebie i drugą osobę. Dlaczego tak trudno się nam na to zdobyć? Bo trzeba przeskoczyć samego siebie. Kiedy ktoś nam zawinił, najchętniej dałoby mu się w ryj. Tymczasem jak to Indianie mówią, żeby kogoś dobrze poznać, trzeba wejść w jego mokasyny i przejść w nich kilkaset mil. Zło trzeba dobrem zwyciężać. Kiedy podejdziemy do kogoś i powiemy „wybacz mi”, to ten ktoś na pewno powie: „to ty mi powinnaś wybaczyć”. Dobrze więc jest też zadbać o to, by nam wybaczono. Tak. To daje spokój i pewność, że zło zostało zlikwidowane. Mówiliśmy, że źródłem miłości jest Bóg. Zwraca się Pani do Niego w piosence „Daleko stąd”: „Moja dusza marzy, by spotkać Go”. Skąd u Pani tak głęboka wiara? Moja babcia, która była bardzo mądrą kobietą, zaprowadziła mnie, kiedy miałam niespełna trzy lata, do kościoła. Ja byłam dzieckiem niesfornym, bo nie bardzo się mną zajmowano. Było tuż po wojnie i wielka bieda, tata chorował, a mama ciągle pracowała. Wszyscy myśleli więc, że ja rozsadzę ten kościół. Babcia się jednak uparła i wzięła mnie. A ja wdrapałam się w tym kościele na schodki od ambony i... zamarłam w zachwycie. To był początek mojej wiary, ale też początek mojej miłości do teatru. Bo pojawiła się we mnie fascynacja światem, który jest piękny, uporządkowany i uduchowiony. Potem oczywiście różnie bywało. W pewnym momencie życia zaczęłam się borykać z uzależnieniem. Nie chciałam nigdzie pójść się leczyć, ale modliłam się bardzo gorąco. I w pewnym momencie zostało mi to odjęte. To był cud. Skoro go doznałam, muszę się nim dzielić z innymi – i wszystkim „polecać” Pana Boga. Bo On może naprawdę bardzo pomóc. Zresztą wiele innych osób to potwierdza. Śpiewa Pani: „W moim sercu jest u siebie/ Tu Jego dom”. To znaczy, że musimy szukać Boga w sobie? Tak. Jeśli nie mamy Boga w sercu, to nie mamy gdzie Go szukać. Wtedy tak, jakby Go nie było. To jest ta rewolucja chrystusowa. W Starym Testamencie Bóg był surowy i każący. A od czasów Chrystusa jest miłością. I ta miłość jest we mnie. Jeśli tak jest – to ja też jestem kimś innym i postępuję inaczej – według zasad miłości. Oczywiście to jest nieustanna walka. Żeby być dobrym, trzeba być silnym. Puentą całej płyty jest utwór „Sen”, gdzie śpiewa Pani: „Tam nie ma zła/ Tam dobro jest/ I wieczny dzień”. Tak będzie w niebie? Mam nadzieję. W to wierzę. Wszyscy tego chcemy. Przecież ta dobra energia, którą mamy w sobie, nie może tak gdzieś zniknąć z chwilą naszej śmierci. Tylko przechodzi w coś innego. Chciałabym, żebyśmy w tym innym wymiarze mogli się spotkać – z Bogiem, ale też z naszymi bliskimi, którzy odeszli przed nami. Jako dusze. Tak, jak śpiewam w tej piosence: idę tam i inni ze mną idą. Bo tam jest dobro. Oczywiście trzeba sobie na to zasłużyć. Dlatego dobrze jest być dobrym. Ja nie twierdzę, że jestem znowu taka dobra. Ale staram się i pracuję nad tym. Taka korekta siebie na co dzień jest niezbędna. Bo jeśli człowiek daje innym miłość, to jest szczęśliwy. I wtedy po ulicy chodzą uśmiechnięci ludzie. To jest obopólna korzyść.

są ludzie są serca tekst